Bo wparcie jest najważniejsze
Obudziłam się koło północy i zaczęłam rozpamiętywać to, co mówiła Angelia-sama. No tak, pewnie niedługo zginę… Ale cóż. Wstałam z kanapy i poszłam na górę, po czym usiadłam na łóżko i gapiłam się na biurko. Wyobrażałam sobie, że się unosi. Ale gdzie tam, nic nie drgnęło. GŁUPOTA! Nigdy nie opanuję tej umiejętności…
Po chwili rozmyślań usłyszałam świsty w powietrzu i błyski niebieskiego światła pomieszane z żółtym. Wyjrzałam przez okno, a za nim w powietrzu unosiły się dwie sylwetki. Jedna z nich połyskiwała na żółto i miała katanę w ręku, druga natomiast cała była na niebiesko, a w reku trzymała coś na kształt pistoletu, którym celowała w drugą osobę. Nie widziałam dokładnie, kto to jest, ale domyśliłam się, że to walka dwóch demonów. Była dynamiczna, ledwo można było wyłapać, kto gdzie teraz się znajduje.
Chwilę dłuższego przyglądania się przyuważyłam, że na ziemi również świecą się te same kolory, co w powietrzu. Magowie też ze sobą walczyli. Dosyć niedaleko, bo koło ulicy handlowej. A więc tak wyglądają walki magów. Poziom wyszkolenia, te ruchy, ta moc. Imponujące. Czy ja też taka będę? Czy będę w stanie walczyć jak oni? Czy mi się to uda?
Zwątpiłam. Wróciłam załamana do łóżka, lecz usłyszałam, że drzwi do balkonu się otwierają i ktoś wchodzi do pokoju. Przestraszyłam się, więc schowałam głowę pod kołdrę.
-Nie ćwiczysz? Chyba chcesz koniecznie zginąć – powiedział znajomy, złośliwy głos.
Podniosłam głowę i zobaczyłam Angelię-sama.
-Co ty tutaj robisz? – spytałam z zaciekawieniem.
-Byłam w pobliżu, przyszłam sprawdzić, jak sobie radzisz – mruknęła jakby nigdy nic.
-W takim razie… ZABIJ MNIE OD RAZU! – krzyknęłam prawie płacząc.
Spojrzała się na mnie dziwnym wzrokiem.
-Czemu tak mówisz?
-Bo… bo nie jestem w stanie opanować telekinezy! Jestem za głupia na to!
-Mądrość nie ma nic do rzeczy. Trzeba w siebie uwierzyć.
-Wiara… komu ty to mówisz! – już się rozpłakałam. – Co tam, i tak podzielę los ojca…
Angelia-sama podeszła do mnie i usiadła na łóżku.
-Gdybym myślała jak ty, nigdy bym się nie zgodziła brać udziału w Turnieju.
-Dlaczego bierzesz w tym udział?
Dziewczyna odwróciła głowę ode mnie, spojrzała się na biurko. Nagle ono zaczęło unosić się, przesuwać w naszą stronę, po czym ustało.
-Teraz twoja kolej. Odstaw je na miejsce.
-Ale…
-Spróbuj.
Po tych słowach skoncentrowałam się dosyć mocno, skupiłam wzrok na biurku, lecz to nic nie dało. Myślałam „rusz się!”, lecz nic. Jakoś nie wierzyłam w to, co robię.
-Uwierz, że dasz radę to zrobić – mówiła Angelia-sama.
-Ale jak! Nie umiem! Jestem…
-To tak, jakbyś skreśliła już swoje życie!
Te słowa to cios. Naprawdę mnie nimi zraniła!
Angelia-sama westchnęła widząc, że doprowadziła mnie tylko do płaczu. Faktycznie, nie zna ludzkich uczuć! Patrzyła się na mnie, lecz w jej wzroku coś się zmieniło. Jakby miała dla mnie litość, odrobinę współczucia. Pogłaskała mnie delikatnie po głowie jak dziecko, które upadło i płacze, bo nie może się podnieść.
-Może to dla ciebie za szybko, rozumiem, ale twoje życie jest zagrożone. Jak raz spotkasz demona, nigdy się nie odczepią.
-To samo mówiła Hayami-senpai. I to miało mnie pocieszyć? – zapytałam opanowując łzy.
-Nie. Ale sprawi, że szybciej uwierzysz w swoje możliwości. Musisz się pozbierać zanim cię ktoś dopadnie.
Po tych słowach podniosła się z łóżka, po czym ostatni raz spojrzała się na mnie.
-Nie zabiję cię, jeśli nie opanujesz magii do jutra. To miała być mobilizacja.
-MOBILIZACJA!? ŁADNA MI MOBILIZACJA! – wydarłam się na nią.
Uśmiechnęła się tylko z ironią.
-Życzę spokojnej nocy skarbie!
Po czym wyskoczyła przez okno i odleciała.
Następnego dnia była niedziela. Wstałam z łóżka i zeszłam na dół, by coś zjeść. Oczywiście musiałam sama zrobić jedzenie, mamy nie było w domu odkąd pracuje na dwie zmiany. Trudno. Wezmę trochę resztek z wczoraj. Ledwo zdążyłam zjeść śniadanie, gdy zaskoczył mnie telefon od Kajiyamy-san.
-Witaj Nanako-chan! – przywitała mnie. – Co porabiasz dzisiaj?
-No cóż… odrobię lekcje i pouczę się… - odparłam.
-KUJON! Zostaw lekcje! Idziesz ze mną na karaoke!
-Ale ja…
-Nie marudź! Cała paczka idzie!
-Ale…
-A, po drodze wpadnij i obudź Fukuzawę. Mieszka dwie ulice dalej w domu, gdzie są powieszone białe lampiony, dzięki, pa!
-Ale… rozłączyła się…
Ale ja nie wiem, gdzie jest to karaoke!
Skoro i tak nie miałam nic lepszego do roboty, postanowiłam, że wyrwę się z domu i pójdę na spotkanie. Po drodze natknęłam się na dom, gdzie porozwieszane było mnóstwo chińskich lampionów, cały dom był w chińskim stylu. Na gzymsie były wyryte dwa duże smoki, gdzie niegdzie były malowidła. Zajrzałam za bramę, a tam cudowny ogród! Pełno kwiatów, jedna wierzba po środku, małe jeziorko oraz kilka sporych kamieni porozrzucanych chaotycznie po ogrodzie. Zadzwoniłam przez domofon i usłyszałam śpiącym głosem wypowiedziane „czego!”
-Cz-cześć Fukuzawa-kun. To ja, Takashi Nanako. Kajiyama-san kazała mi…
-No tak! Katsu-chan! Grrr! Nie da mi się wyspać! – krzyknął zdenerwowany.
-Mogę wejść?
-Jasne.
Po chwili byłam już w środku. Wystój był typowo chiński, nie przypominał typowych japońskich wnętrz. Wszędzie figurki smoków, typowe chińskie malowidła, nawet napisy na ścianie były po chińsku. Po chwili ujrzałam też Fukuzawę-kuna obranego w niebieski szlafrok i miał na nogach niebieskie, włochate skarpetki.
-Niezwykłe wnętrze… - powiedziałam w zachwycie.
-Cóż, moja matka pochodzi z Chin, nie mogło być inne. Chcesz coś do picia?
-A… nie spóźnimy się na karaoke?
-Spokojnie. Co niedziela o tej samej porze spotykamy się w knajpie Aoi. Jeszcze mamy sporo czasu – burknął.
-Rozumiem.
Zaprowadził mnie do jadalni, po czym zaproponował herbatę. Zgodziłam się. Sobie również przygotował szklankę zielonej. Usiadłam przy stoliczku i dalej rozglądałam się po mieszkaniu. Z rozmyślań wyrwał mnie chłopak.
-Więc… - zaczął niepewnie chłopak. – Jak ci się podoba szkoła?
-Szczerze powiedziawszy różni się od tej w Osace. Inna mentalność ludzi…
-Rozumiem – łyk. – W ogóle pewnie najbardziej zaskoczyła cię Katsu-chan, co nie?
-Pierwszy raz spotykam się z typem takiej osoby…
-Ach tak… - łyk.
Również popiłam swoją herbatę. Miała niesamowicie cudowny smak. Jakby… jakby wszystko to, co najlepsze w niej się znajdowało.
-Przepyszna! – krzyknęłam.
-Chińska, z plantacji moich rodziców – powiedział z dumą Fukuzawa-kun.
-Twoi rodzice mają plantację?
-Tak… dlatego często wyjeżdżają…
-To… czemu nie mieszkacie w Chinach? – zapytałam z ciekawości.
-Cóż, rodzina ojca krzywo by patrzyła, oni są z stąd. Zresztą mniejsza z tym – uśmiechnął się do mnie mile.
Po jakiejś godzinie pogawędki i po tym, jak Fukizawa-kun wreszcie się ubrał, poszliśmy razem na karaoke.
W lokalu panował niesamowity tłum, jakby połowa szkoły się zebrała, przynajmniej ta męska połowa. Knajpa, jak to nazwa sugerowała, miała wnętrze ozdobione na niebiesko. Pełno było małych stoliczków, przy nich stały niebieskie krzesełka. Po środku jest scena, niedaleko, po lewej konsoleta z DJ-em. Na prawo stoi bar, gdzie można było kupić dosłownie wszystko. Nawet mieli taiyaki, ale nie wyglądały tak apetycznie jak tamte. Pośród tłumu, na scenie, przy mikrofonie stała Kajiyama-san.
-Dziękuję! Dziękuję! A teraz specjalnie dla was zaśpiewam moją ulubioną piosenkę!
-Nie, co tydzień ją śpiewa… - powiedział jeden chłopak. To chyba był Okabe-kun.
Nagle na całą salę rozległ się niesamowity fałsz! Jakby ktoś kota żywcem ze skóry obrywał! To brzmiało okropnie! Albo tylko dla mnie, bo inni bawili się świetnie przy tej piosence. Gdy skończyła, krzyknęła przez mikrofon.
-Nanako-chan! Twoja kolej!
Wszyscy odwrócili się w moją stronę. Byłam zła i zdenerwowana jednocześnie. Nienawidzę występów publicznych!
-Ale ja nie chcę…
-No chodź! Wszyscy przez to przeszliśmy! – krzyknął jeden chłopak.
-To twój chrzest bojowy! – polecił drugi.
Poczułam na sobie rękę. Odwróciłam się.
-Na pewno będzie dobrze – powiedział do mnie Fukuzawa-kun, po czym poprawił swoje długie, czarne włosy.
Poczułam się pewniej z takim wsparciem. Podeszłam więc do mikrofonu i rozległa się wrzawa.
-Jaką piosenkę? – zapytał pan zza konsolety.
-Poproszę numer jedenasty.
Po czym przygasły światła. Głos niesamowicie mi drżał przy śpiewaniu, aż mi się głupio zrobiło, jednak starałam się jak najczyściej zaśpiewać. Nagle, z nikąd wyłonił się alt, śpiewał zupełnie inną melodię, ale razem brzmiałyśmy cudownie! Spojrzałam przed siebie, a przy konsolecie, z drugim mikrofonem stała sama Angelia-sama! Co ona tu robi!? Nasze głosy splatały się, tworząc przepięknie brzmiącą harmonię! Nie wiedziałam, że ona umie śpiewać! Od razu poczułam się pewniej śpiewając w duecie! Nigdy nie zapomnę tego uczucia, kiedy piękne dźwięki rozchodziły się po sali!
Gdy tylko skończyłyśmy śpiewać, rozległy się oklaski.
-Brawo! Jesteście cudowne! – krzyczeli chłopacy.
-Naprawdę, jesteście kochani – powiedziała uroczo Angelia-sama, po czym weszła na scenę, chwyciła mnie za rękę i zaciągnęła do gościa od konsoli.
-Powinnyście częściej przychodzić do tego lokalu – powiedział DJ.
-Na pewno nie odpuścimy dobrej okazji – odrzekła uprzejmie Angelia-sama.
Podeszła do nas Kajiyama-san.
-Wow! Jesteście rewelacyjne! – krzyknęła pełna zachwytu.
-Dziękuję kochanie za zaproszenie – podziękowała dziewczyna. – A teraz wybacz, ale porwę na chwilę Nanako, dobrze?
-Oczywiście!
Wyszłyśmy na zewnątrz lokalu.
-Jak idzie nauka? – powiedziała swoim zwykłym, złośliwym głosem.
-Nie idzie… - odparłam zgodnie z prawdą.
Angelia-sama westchnęła.
-W takim tempie nie dożyjesz tygodnia. Musisz nauczyć się używać magii.
-Co ja na to poradzę! Jestem bezużyteczną, nędzną, niedorozwiniętą…
Poczułam, jak Angelia-sama przykłada mi palec do ust. Szybko mnie uciszyła.
-Wiem, w czym tkwi problem. Musimy go jak najszybciej się pozbyć. Ale najpierw…
To powiedziawszy, opuściła palec z moich ust, po czym zostawiła mnie przed wejściem, a sama poszła w boczną uliczkę.
